12.12 Kiedy w końcu usnąłem, o 4.00 w nocy dał się słyszeć zawodzący głos kapłana, z pewnością z kościoła ortodoksyjnego. Było to coś pomiędzy recytacją a śpiewem, niemniej bardzo męczące. Tysiąckrotnie wolałbym słuchać muezina wzywającego do modłów z wieży minaretu niż tego fałszującego koziego głosu. Trwało to bez przerwy do 8.00 rano! Po śniadaniu postanowiliśmy z Olą pójść poza miasto. Oczywiście dołączył do nas „przewodnik”, jakich wszędzie w Etiopii wielu czyha na samodzielnych turystów. Wskazywał nam drogę poza miasto, ale i tak chcieliśmy iść w tamtą stronę. Kiedy jednak doszliśmy do końca zabudowań, miejsca, gdzie droga schodziła ostro w dół, przestrzegał nas, byśmy dalej nie szli, bo tam bardzo niebezpiecznie. Nie potrafił jednak sprecyzować, co nam tam groziło. Mówił o złych ludziach. Postanowiliśmy jednak pójść dalej, dojść co najmniej do rzeki, jeszcze ze 2 kilometry. Znaleźliśmy się w zielonym, wiejskim pejzażu. Obejścia i chatki były zadbane, c...
Blog z podróży na południe Etiopii mający miejsce zimą 2008 roku