Przejdź do głównej zawartości

Posty

Okolice Jinki

12.12   Kiedy w końcu usnąłem, o 4.00 w nocy dał się słyszeć zawodzący głos kapłana, z pewnością z kościoła ortodoksyjnego. Było to coś pomiędzy recytacją a śpiewem, niemniej bardzo męczące. Tysiąckrotnie wolałbym słuchać muezina wzywającego do modłów z wieży minaretu niż tego fałszującego koziego głosu. Trwało to bez przerwy do 8.00 rano! Po śniadaniu postanowiliśmy z Olą pójść poza miasto. Oczywiście dołączył do nas „przewodnik”, jakich wszędzie w Etiopii wielu czyha na samodzielnych turystów. Wskazywał nam drogę poza miasto, ale i tak chcieliśmy iść w tamtą stronę. Kiedy jednak doszliśmy do końca zabudowań, miejsca, gdzie droga schodziła ostro w dół, przestrzegał nas, byśmy dalej nie szli, bo tam bardzo niebezpiecznie. Nie potrafił jednak sprecyzować, co nam tam groziło. Mówił o złych ludziach. Postanowiliśmy jednak pójść dalej, dojść co najmniej do rzeki, jeszcze ze 2 kilometry. Znaleźliśmy się w zielonym, wiejskim pejzażu. Obejścia i chatki były zadbane, c...

Targ w Key Afar

11.12     Rano udało nam się kupić tradycyjne chleby z gruboziarnistej, chyba kukurydzianej mąki. Warto było się natrudzić, chodząc z dziecięcą ciekawską eskortą niemal od chaty do chaty i pytając o krążki średnicy około 20 cm, grubości 1,5 cm. Były smaczniejsze i o wiele bardziej pożywne niż suche bułki z białej mąki, jakie oferowało kilka kiosków. Znaleźliśmy chatę, gdzie kobieta akurat kładła kolejne krążki ciasta na gorącą, płaską patelnię.   Z kosza zakrytego płótnem wyjęła nam kilka sztuk. Zjedliśmy w hotelu śniadanie: świeżutkie chleby z lekko przypaloną skórką i konserwę. Po 10.00 zaczęli schodzić i zjeżdżać się okoliczni ludzie na targ. Na placu przy Nassa Pension zajechały też 2 jeepy z turystami „polującymi” swoimi aparatami i kamerami na dobre ujęcia. Rozpoznałem osoby, które widziałem w Turmi. Główny plac targowy znajdował się nieopodal naszego hotelu. Wokłó kilka bud. Stało tam też kilka prowizorycznych szałasów z patykó...

Niespodziewane spotkanie

10.12.   Spałem wyśmienicie! Miałem wiele niezwykłych, kolorowych snów. Każdy mój pobyt w Indiach tym się charakteryzuje, że śnię fantastycznie, jakby mózg wyrzucał z siebie nadmiar wrażeń. Odzyskałem też siły i nieco optymizmu. Było mi trochę przykro, że tak ignorowałem dzieciaki poprzedniego dnia. Wyruszyłem jednak z hotelu wcześnie, by samemu, bez dziecięcej eskorty dojść na skałę, którą odwiedziłem poprzedniego dnia. Postanowiłem pozostawić tam ślad po sobie: „Szkic w podróży”. Często dokonuję podobnych zabiegów w drodze, najczęściej owijając wybrany kamień lub głaz sznurkiem albo włóczką. Tym razem zabrałem ze sobą z domu czarną włóczkę, wybrałem odpowiednią skałę i nie niepokojony przez nikogo owinąłem ją.       Podobne gesty wykonywałem już w Tuwie, w Tybecie, Nepalu, Indiach, Mauretanii, na Ziemi Ognistej. To rodzaj mikropodróży, jaką wykonują moje dłonie wokół wybranego mikroświata. Sznurek jest tylko pozostawionym śladem, jak stopy odciśnięt...