Przejdź do głównej zawartości

Powrót do stolicy

18.12.

 

Choć poprosiłem Matussalę, by mnie obudził o świcie, chyba zaspał. Wstałem jednak sam i już o 4.30 opuszczałem hotel. Przed zamkniętą bramą terminala tłum ludzi. O wiele więcej niż w Jinka i nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Na placu stały minibusy, dalej większe autobusy. Kiedy otwarto bramę, tłum rozpoczął natarcie, wzniecając tumany duszącego kurzu. Doszedłem do wskazanego pojazdu. Nie było miejsc. Wszedłem do tyłu autobusu i ujrzałem małego chłopca w łachmanach, który zajmował dwa siedzenia. Na mój widok wskazał, że mogę je zająć. Chyba tak sobie dorabiał, być może każdego ranka, licząc na zapłatę. Dałem chłopcu swój nowiutki koc. Kiedy położyłem mu go na kolanach pomyślał chyba, że ma go pilnować. Grzecznie oparł na nim dłonie, patrząc wielkimi oczami. Dopiero, kiedy wziąłem koc i owinąłem go nim zrozumiał. Rozpromienił się. Poranki były tu chłodne; z pewnością był to bardzo przydatny prezent. Mój plecak powędrował na dach. Zanim  godzinę później ruszyliśmy z terminalu, w drzwiach pojawiły się kobiety i dziewczyny oferujące napoje, owoce i jedzenie na drogę.   

W tyle pojazdu zrobiło się bardzo wesoło. Dwóch młodych pilotów autobusu bajerowało młodą dziewczynę, ale ja także byłem dla nich atrakcją. Nie znali angielskiego i dziewczyna czasem tłumaczyła, co do mnie mówią. Dużo było śmiechu i wielu pasażerów odwracało się zainteresowanych zamieszaniem. Nie czułem się najlepiej. Zaczynała mnie boleć głowa i pomyślałem, że to z powodu wczesnego wstawania niemal codziennie oraz fatalnej drogi. Nie było szans na jakąkolwiek drzemkę, bo kierowca próbując omijać większe dziury gwałtownie skręcał kierownicą i pasażerowie kołysali się to w jedną to w drugą stronę. Autobus był zdezelowany i przez szpary w tylnich drzwiach co chwila nawiewało mnóstwo pyłu, który gryzł w gardle. Zasłaniałem usta bejsbolówką, którą dałem później pewnemu kalece, który jechał z nami kilkadziesiąt kilometrów. Wniesiono go do pojazdu na jednym z przystanków. Sprzedawał losy loteryjne. Poruszał się na tyłku, mając bezwład nóg. W dodatku był niewidomy, więc nie mógł docenić tego, że moja czapka idealnie komponuje się kolorystycznie z jego ubraniem. Ale ten młody mężczyzna był niezwykle pogodny. Sporo żartował, czym rozbawiał pasażerów w tyle autobusu. Ze zdumieniem obserwowałem, jak dotykiem rozpoznawał nominały banknotów: Segregował osobno te jedno- pięcio- i dziesięciobirrowe, choć zdawało mi się, że są tych samych rozmiarów.

Gdzieś w połowie w końcu droga zaczęła być lepsza. Na jednym z postojów pokręciłem się po okolicy, fotografując ludzi zdumionych moją obecnością.

 

 

 

 

Nikt nie pytał o pieniądze za fotografowanie. Ludzi autentycznie cieszył własny widok na wyświetlaczu LCD mojego aparatu. Szczególnie fotogeniczna była dziewczynka, która oprowadzała niewidomego, wysokiego mężczyznę żebrającego wśród pasażerów. Wpatrywała się we mnie, jakby nigdy wcześniej nie widziała Europejczyka i uszczęśliwiłem ją owocem mango. Dopiero potem zrobiłem jej kilka zdjęć. Jej szczęście na widok samej siebie, złożone jak do modlitwy zdjęcie i wyraz twarzy ciekawskiego psiaka dawały mi sporo radości.

 

Podróż trwała 12 godzin. Gdy dojechaliśmy na dworzec autobusowy w Addis zobaczyłem, że mój plecak na dachu beztrosko obłożono workami z węglem drzewnym.

Doszedłem pieszo do hotelu Baro. Okazało się, że to nie jest aż tak duży dystans. Nie było wolnych pokoi i przyszło mi znów – tak jak w pierwszym dniu pobytu w stolicy Etiopii – przebiedować w Stegereda. Ten nędzny hotel w ciągu 2 tygodni, kiedy byłem w nim ostatnio zdążył wzbogacić się o zakrzywiony gwóźdź w toalecie, dzięki któremu można było zamknąć się od środka. Noc oczywiście głośna; dudniąca muzyka i szczebioczące młodociane prostytutki. Ze stoperami w uszach udało mi się jednak zasnąć.

Komentarze

  1. zycieciekawe@onet.eu23 stycznia 2009 10:16

    Nieważne gdzie jesteśmy, jacy jesteśmy i gdzie się w danym czasie znajdujemy. Ważne jest, aby czuć, że jest się "kimś" - kimś ważnym - nie tyle dla siebie, ale dla innych.zycieciekawe.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. ~ósmy cud świata26 stycznia 2009 01:00

    Wszędzie na świecie takie same:spojrzenia, uśmiechy, gesty...Różnych mieszkańców - jednej Ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz na mysli, zeby odczuc swoja godnosc a zarazem moc ja zobaczyc w innych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny blog. Tak nie wielu ludzi widzi konieczność pomocy tym biednym ludziom. Będę wspierała cie moją modlitwą:)[www.madzia88200.blog.onet.pl]

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Spacery w korytach rzek

16.12.   Rano postanowiłem zrobić sobie długi spacer poza Arba Minch. Minąłem bazar i poszedłem na południowy wschód. Wielkie marabuty wysoko krążyły nad miastem lub obsiadały drzewa.       Przeszedłem przez most nad wyschniętym korytem rzeki. Tylko przez kawałek kamienistego dna płynęła woda. Było jej wystarczająco dużo i kilkoro dzieci pluskało się w niej. Czasem po drodze słyszałem zaczepliwe zawołania w swoją stronę. Głównie ze strony grupek studentów idących w kierunku swojej uczelni. Zszedłem z mostu i ruszyłem po kamieniach w stronę drzew. Tu także spacerowały dostojne marabuty.     W końcu pozostała tylko przyroda i ja.   Wspaniały spokój. Szedłem długo po obłych, suchych kamieniach. Ślady na krzewach i drzewach wokół dawały wyobrażenie, że w porze deszczowej płynie tu całkiem wartka woda. Co chwila gdzieś z boku wylatywały spłoszone ptaki.   Natknąłem się na niewielkie stado pawianów. Małpy piły wodę w kałuży. Na mój widok wolno zeszły w zarośla.   W innym miejsc

Wizyta w South Omo Research Center.

14.12.   Tym razem już od 3.00 rano zaczął zawodzić głos ortodoksyjnego kapłana i miałem po spaniu. Ola wyszła o świcie by zdążyć na autobus do Konso, ja zmuszony byłem do 9.00 wysłuchiwać śpiewów. Zjadłem śniadanie i poszedłem na długi spacer. Tym razem na północny wschód w kierunku wzgórz.   Zanim wyszedłem poza miasto, mijałem się z odświętnie ubranymi ludźmi najwyraźniej wracającymi z kościoła. Czyżby byli tam od samego początku? Od 3.00 rano? Znalazłem się wśród wzgórz i pól, ale tą błogą ciszę zakłócił mi chłopiec z przyklejonym do ust „you! you!”, który na widok mnie wybiegł z podwórka chaty i towarzyszył mi przez kawał drogi. Nic do siebie nie mówiliśmy. Kiedy usiadłem na pniu zwalonego drzewa, by chwilę nasycić się widokami i uzupełnić notatki, obserwował mnie jakiś czas, kręcił się wokół, w końcu znudzony wrócił do domu. Idąc dalej ścieżką, starałem się niepostrzeżenie mijać schowane wśród drzew i krzewów chaty.         Obszedłem spory teren i znalazłem się na pery